Czy za pomocą Internetu można doprowadzić kogoś do osobistego spotkania z Jezusem? Jak to zrobić? Zapraszamy do przeczytania rozmowy Stacji7 z bp. Grzegorzem Rysiem.

Z ks. biskupem Grzegorzem Rysiem o Internecie, ludziach młodych i listach duszpasterskich rozmawia Aneta Liberacka, dyrektor i redaktor naczelna Stacja7.pl

Aneta Liberacka: Wiem, że małżeństwo i pielęgnowanie miłości, to bardzo ciężka praca. Czy z ewangelizacją jest tak samo?

Bp Grzegorz Ryś: Myślę, że zbieżność jest jeszcze głębsza. W obu przypadkach mamy przede wszystkim doświadczenie łaski. Jeśli jej nie widzimy, to zostaje tylko straszny trud, a może nawet okazać się, że daremny.

ewangelizacji istotne jest to, że ostatecznie nie głosimy samych siebie. Należy pamiętać o tym, by nie przeakcentować swojego udziału i aktywności w całym procesie przekazywania wiary. Nie rzucać się wyłącznie w mnożenie inicjatyw i własnego wysiłku. Ważniejsze jest tutaj rozeznawanie. Najlepiej samemu zastanowić się przed Panem Bogiem, czego przede wszystkim On by chciał, tu i teraz, w tym miejscu, w tym kościele, w tym środowisku. Nasza aktywność jest wtedy trochę inaczej rozłożona i myślę, że mniej męcząca.

Nowa ewangelizacja to zdecydowane dawanie świadectwa, zawsze i wszędzie. Dla młodych ludzi to naprawdę trudne. Mój 15-letni syn mówi, że gdy próbuje rozmawiać z kolegami o Panu Bogu, to trochę się śmieją z tej jego religijności. Jaką dać mu radę?

Myślę, że dobrą radą dla młodego człowieka jest zachęta, żeby był sobą. Nie musi się napinać do jakiegoś programowego nawracania kolegów. Nie! Po pierwsze, ważne, żeby był sobą i wiarę przeżywał tak samo naturalnie, jak na przykład grę w piłkę. Żeby jego koledzy mieli pewność, że to jest człowiek, dla którego wymiar duchowy, wymiar wiary i spotkania z Panem Bogiem w Jezusie Chrystusie, jest tak samo realny, jak finał Ligi Mistrzów. Po drugie, dzisiaj, wśród młodych ludzi, największą potrzebą jest potrzeba wysłuchania drugiego i bycia wysłuchanym. Wtedy już nie trzeba wiele robić. Rozmawiałem z ludźmi, którzy byli na PRZYSTANKU JEZUS i festiwalu Woodstock. Podkreślali, że uczestników tej muzycznej imprezy najbardziej przekonuje do nich właśnie zdolność słuchania. Jeśli trzeba, to przez trzy, cztery godziny. Jeśli młody człowiek znajdzie kogoś, komu może wreszcie opowiedzieć swoją historię, to potem zaczyna się rzeczywista rozmowa.

To prawda, prawdziwe spotkanie to umiejętność wsłuchania się w kogoś. Chciałabym z Księdzem biskupem porozmawiać przede wszystkim jednak o Internecie. Czy media społecznościowe to dobre miejsce na spotkanie?

Na pewno na początek trzeba powiedzieć, że Internet to dobro – to nie podlega dyskusji. Przykład – najprostszy, jaki mi przychodzi do głowy – to KONGRES W SKRZATUSZU. Na miejscu było około pięćset osób, a za pośrednictwem Internetu [i radia] ponad dwadzieścia tysięcy. To właśnie głównie dzięki mediom społecznościowym możliwe jest pomnożenie liczby uczestników. Nie ma w tej chwili wydarzenia ewangelizującego w Polsce, którego nie transmitowałaby jakaś internetowa telewizja czy radio internetowe. I zawsze ten odbiór jest żywy.

Pamiętam, że kiedy robiliśmy dużą sesję na temat DOKUMENTU Z APARECIDY i adhortacji papieża „Evangelii Gaudium” – odbywało się to w sali Konferencji Episkopatu Polski, która nie mieści więcej niż 200 ludzi – to dzięki mediom społecznościowym udział w tej konferencji brało kilka tysięcy osób. Nie mam więc wątpliwości, że Internet pomaga docierać do człowieka.

Jak więc korzystać z tego „dobra”, żeby pozostało dobrem?

Sztuka korzystania z Internetu to sztuka wyboru między treściami, które są: bardzo dobre, dobre, średnie, niedobre i fundamentalnie złe. Trzeba nauczyć młodego człowieka – zwłaszcza młodego, ale pewnie tak naprawdę każdego – sztuki wyboru.

Dzisiaj Internet stał się właściwie osobnym kontynentem, na którym ludzie „żyją” częściej i chętniej niż w Europie, Azji czy Afryce. To jest kontynent, gdzie stosunkowo łatwo nawiązuje się relacje, i te relacje nie mają granic. Dobry znajomy opowiadał mi, że kiedyś wszedł do pokoju córki i zapytał, co robi, a ona odpowiedziała: „Właśnie rozmawiam ze swoim przyjacielem z Korei Południowej”. Kto sobie mógł wyobrazić lat temu dwadzieścia, że będę mógł rozmawiać z przyjacielem w każdym zakątku świata? Tylko z drugiej strony pojawia się pytanie, co znaczy słowo „przyjaźń”, jeśli jest to relacja, która nigdy nie wychodzi z obszaru wirtualnego i nie przekłada się na rzeczywistość?

Internet ma wiele zalet i dzięki niemu można robić wiele pięknych rzeczy, ale przy zastrzeżeniu, że ostatecznie ewangelizacja musi się dokonać w wymiarze realnym. Musi dojść do spotkania osoby z osobą – spotkania, które ostatecznie prowadzi człowieka w głąb wspólnoty, jaką jest Kościół, i w której przeżywa się wiarę, przyjmuje sakramenty, słucha Słowa, gdzie człowiek nie jest już tylko odbiorcą, ale też tym, który daje coś od siebie dla innych. Tylko wtedy stajemy się ciałem Chrystusa, domem Boga, w którym każdy ma swoją funkcję i gdzie jesteśmy rzeczywistą wspólnotą.

 

Czyli można traktować Internet jako taki pierwszy stopień kontaktu, jako międzynarodową tablicę ogłoszeń i zaproszenie do czegoś większego?

Na pewno jest to coś więcej niż tablica ogłoszeń. To wielkie źródło informacji. Są portale internetowe, na których ludzie mogą, przechodząc pewną drogę formacyjną, stawać przed decyzją wyboru Pana Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela, więc jest też coś więcej niż informacja. Natomiast zawsze gdzieś na końcu pozostaje pytanie o wyjście ze świata Internetu do świata realnego i tu są różne doświadczenia. Ci, którzy rzeczywiście siedzą w świecie Internetu i ewangelizacji przez media, mówią, że osób, które chcą przejść do świata realnego, do wspólnoty w realnym świecie, jest około 10-15%. Pokazuje to więc z jednej strony możliwości, ale z drugiej granice czy słabości.

Mamy zatem wniosek, że Internet zdecydowanie pomaga zaprosić ludzi do wspólnego biegu? Do sztafety, o której mówi Papież Franciszek?

Tak, zdolność skrzykiwania się ludzi za pomocą mediów społecznościowych jest niebywała. Żadne ogłoszenia tradycyjne nie są w stanie konkurować z tym, jak ludzie potrafią się skrzyknąć na przykład dzięki Facebookowi – robią to błyskawicznie i na szeroką skalę.

Internet pomaga także “rozluźnić” język, którym posługujemy się w komunikacji? Odwieczne zarzuty w stosunku do Kościoła są takie, że język, którym się posługuje, jest niezrozumiały, że jest z czasów, kiedy była pisana Biblia.

Gdyby on był językiem biblijnym, to nikt by mu nic nie zarzucał, bo język Biblii jest bardzo komunikatywny i prosty. Św. Augustyn nawet narzekał, że zbyt prostacki. On miał taki moment przed nawróceniem, że nie mógł czytać Biblii, bo się naczytał wielkiej literatury rzymskiej.

Dlaczego więc jest tak, że Listów św. Pawła słuchamy z zapartym tchem, a listów Episkopatu już nie?

Na pewno potrzebne jest uproszczenie języka. Nieraz się mówi (także w dokumentach kościelnych) o potrzebie „podwójnej wierności”. Z jednej strony ten, który próbuje przekazywać Ewangelię, musi być wierny tejże Ewangelii, samemu przekazowi i jego treści. Nie można dostosowywać treści do słuchacza w sposób dowolny na zasadzie: „wiem, że tego nie przyjmie, to trochę złagodzę”. Z drugiej strony jest też potrzebna wierność słuchaczowi. Ważne, żeby chcieć się z nim spotkać, czyli próbować wejść w jego świat, w jego myślenie i w jego język. Nie da się inaczej.

Wiele tracimy, jeśli nasz język nie jest komunikatywny. Internet uczy nas pewnej prostoty języka, byłoby jednak też niedobrze, gdyby uczył nas takiego języka, który jest zbyt banalny.

 

Jak więc mówić do dzisiejszego odbiorcy, by nie banalizować, ale jednak uprościć przekaz?

Twitter na przykład dyscyplinuje człowieka, który próbuje rozmawiać z dzisiejszym odbiorcą. Świadomość, że w społeczności Twittera człowiek czyta 140 znaków, a na następne już się wyłącza, z jednej strony jest mobilizująca, ale z drugiej może wręcz wprowadzić w jakiś rodzaj depresji. Bo jak powiedzieć niektóre rzeczy przy pomocy 140 znaków? Mobilizuje, żeby wyakcentować na samym początku to, co jest bardzo istotne, bo być może wtedy ten człowiek spróbuje pójść dalej. Natomiast, jeśli stracę pierwsze 140 znaków, bo będę się dopiero rozpędzał – a to jest też i mój problem – już tego człowieka nie mam.

Pan Jezus nie miał chyba z tym problemów? Był mistrzem małej ilości znaków?

To zależy, bo Pan Jezus ma za sobą też wielkie mowy. Natomiast nie miał problemu z wsłuchiwaniem się w człowieka. Świetnie znał ludzi, i to różnych ludzi. Rozmawiał równie łatwo z uczonym w Piśmie, jak i z prostą kobietą z Samarii, rybakiem czy celnikiem. Jezus wiedział na przykład, jak się piecze chleb. Myślę, że wielu księży dzisiaj nie wie, jak się robi ciasto na chleb. Niewątpliwie, Jezus miał ogromną zdolność obserwacji życia człowieka. Był bardzo ciekawy ludzi.

Ale miał też „ostre wejścia”, nie był bardzo dyplomatyczny. Może listy pasterskie są zbyt grzeczne, zbyt delikatne?

O tym będziemy pewnie zawsze debatować, mogą być lepsze, mogą być gorsze, to jest zawsze dzieło w pewien sposób zbiorowe, nie jest to prosta rzecz. Listy św. Pawła były jego listami autorskimi, a nie zbiorowym listem ówczesnego Episkopatu.

Jest świadomość potrzeby jakiejś zmiany? Czy w ogóle jest potrzeba „uatrakcyjnienia” listów?

To nie jest tak, że biskupi żyją w jakimś innym świecie i nie mają świadomości tego, jaki może być odbiór listu

To temat na osobną rozmowę. Mogę tylko powiedzieć, że taka rozmowa toczy się wewnątrz Episkopatu. To nie jest tak, że biskupi żyją w jakimś innym świecie i nie mają świadomości tego, jaki może być odbiór listu. Nieraz jest on trudny, nieraz nudnawy, ale też nie każdą prawdę da się w łatwy sposób powiedzieć. Czasem treść wymaga bardzo precyzyjnej refleksji i precyzyjnej wypowiedzi, np. list na temat tajemnicy królowania Chrystusa Pana. Wszyscy biskupi wiedzą, w jakim kontekście ten list powstaje, dlaczego powstaje, i w tym przypadku potrzebny jest bardzo precyzyjny wykład, a wtedy list traci oczywiście na atrakcyjności, łatwości i lekkości stylu.

Czy media, takie jak Stacja7, które poruszają tematy wiary, powinny coś zmienić, coś robić lepiej? Jaką radę ma ks. Biskup dla nas, żeby ta nasza ewangelizacja przez sieć, przez Internet, była bardziej skuteczna?

Myślę, że robicie bardzo dobrą robotę. Warto może natomiast, by każde takie środowisko, każda redakcja, była w bliskim kontakcie ze środowiskami, które działają w „realu”. Wtedy ewangelizacja przez Internet nie skończy się na niej samej, a będzie bardzo ważnym etapem zaproszenia do wzrostu. Człowiek, który po raz pierwszy spotyka się z Jezusem Chrystusem w taki sposób, może być przecież później formowany na kolejnych etapach. Ważne, że już wie, gdzie przynależy, dalej więc szuka dla siebie rozmaitych treści. I dobrze, gdy może je znaleźć w skondensowanej i atrakcyjnej formie. To jest bardzo dobre.

Mamy kolejny wniosek, że w ewangelizacji, także tej przez Internet, podobnie jak w małżeństwie, przede wszystkim potrzebna jest miłość.

Tak. Bardzo ważna jest miłość do człowieka, który jest odbiorcą.

Podsumowując, mamy łączyć świat wirtualny z realnym, tworzyć wspólnotę i razem iść do naszych braci z Dobrą Nowiną?

Tak. Wtedy wszystko nam się uda.

Dziękuję bardzo.

To ja dziękuję.

 

Źródło tekstu i zdjęcia: Stacja7.pl

Zapisz się na nasz NEWSLETTER

Zgadzam się na przetwarzanie danych w celu zapisania do newslettera i otrzymywania wiadomości e-mail.

Administratorem Danych są podmioty należące do Grupy Tymoteusz:
Katolickie Stowarzyszenie w Służbie Nowej Ewangelizacji – Wspólnota św. Tymoteusza
(ul. Kresowa 258A, skr. poczt. 39; 66-620 Gubin; NIP: 926 14 34 191; mBank 70 1140 1850 0000 2302 1700 1001)

Fundacja Cogito Ergo Credo. (ul. Kresowa 258A, skr. poczt. 39; 66-620 Gubin; NIP 926 167 12 58, mBank 68 1140 1850 0000 2301 8600 1001)

autoresponder system powered by FreshMail